Norweski pisarz po raz kolejny lokuje swoich bohaterów w małym norweskim mieście. „Pieśń harfy” opowiada o próbie wskrzeszenia kultowego zespołu muzycznego. Z Henriksenem rozmawiamy o głównych wątkach powieści: muzyce, Bogu i alkoholu.

Piotr Wróblewski: „Pieśń harfy” rozgrywa się na kilku poziomach. Jest Bóg, poza tym muzyka i związki między ludźmi.
Levi Henriksen:
Wydaje mi się, że to przede wszystkim opowieść o miłości do muzyki.

Jesteś muzykiem, dziennikarzem i songwriterem. Masz wiele wspólnego z głównym bohaterem.
Kiedy pisałem tę książkę, rozmawiałem bardzo dużo z producentem moich nagrań. On jest w tym samym wieku co bohater i też jest znudzony swoją pracą. Uważa, że traci swoją miłość do muzyki i powołanie do tej roboty. Minęło trochę czasu i stwierdził, że będzie hydraulikiem. Był całkiem znanym producentem i nagle stracił zainteresowanie muzyką. To mnie zainspirowało.

Jim Gystad ma kaca w kościele, potem na spotkaniu z Marią pije, a gdy rodzeństwo Thorsenów zaczyna koncert jest zupełnie pijany. Alkohol jest kluczem do powieści?
Gdy muzyka zaczyna grać, Jim ma kaca swojego życia. Za każdym razem gdy pojawia się alkohol, bohater działa, posuwa akcję naprzód. Gdy w końcu realizuje pierwszy od wielu lat koncert rodzeństwa Thorsen, aby nie doprowadzić do tego żeby wokalista zupełnie się upił, sam wypija całą butelkę.

Bohater ma 42 lata. Czy tu chodzi głównie o kryzys wieku średniego?
Tak, to zdecydowanie opowieść o problemach związanych z kryzysem wieku średniego. Najlepsze lata Jima są już za nim. Czuje, że zaczyna w kółko robić to samo. Jest takie sformułowanie „Shabby Chic”, kiedy próbujesz sprzedać nowe meble, które mają imitować stare. Dokładnie tak samo jest w przypadku głównego bohatera. Jim próbuje sprzedać nową muzykę, ale robi ją tak jak kiedyś. Chciałby poczuć się dzięki temu młodszy o kilkanaście lat.

Mam wrażanie, że przypomina to trochę przesłanie filmu Woody Allena „O północy w Paryżu”. Tęsknimy do tego, co już minęło. Przeszłość wydaje nam się wspaniała, bo nie pamiętamy albo nie znamy złych stron.
Myślę, że tak. Jim Gystad jest kolesiem, który musi przypomnieć sobie dlaczego zaczął stawiać muzykę na pierwszym miejscu. Miłość do muzyki zeszła na dalszy plan przez konieczność dbania o wizerunek. Teraz trzeba sprzedać artystę, dbać o zysk i starać się żeby gazety chciały o nim pisać.

W powieści pojawia się wiele nazw zespołów. Czy dzielisz się z czytelnikiem swoją ulubioną muzyką?
Wiele z nich, to zespoły z mojej młodości. Cały czas pamiętam jednak swoją ekscytację, gdy pierwszy raz kupowałem płytę Boba Dylana czy Bruce'a Springsteena. Ale Jim Gystad jest o 10 lat ode mnie młodszy, dlatego nie jest tak że są to kapele na których ja się wychowałem.

Rozmawialiśmy o muzyce, kryzysie wieku średniego. Jednym z głównych tematów jest też Bóg. Religia i Biblia to ważny element „Pieśni Harfy”.
Rodzeństwo śpiewało muzykę gospel. Z resztą religia jest bardzo istotna w ich życiu. Biblia to książka, która trzyma ich razem. Mają już przecież po osiemdziesiąt lat. W czasach gdy dorastali, bycie chrześcijanami i wiara w Boga była częścią tożsamości. Ich wiara jest bardzo mocna, ale z drugiej strony też mają sporo za uszami, chociażby piją dużo alkoholu.

Zobacz też: Nowości książkowe. Warszawa przeszłości, teraźniejsza Rosja i opowieść z roku 2494


Jeśli jesteś zainteresowany patronatem naszemiasto.pl – napisz pod adres patronaty@naszemiasto.pl
Jeśli chciałbyś zrobić projekt niestandardowy z naszemiasto.pl – napisz pod adres projektyspecjalne@naszemiasto.pl



Zobaczcie też: Siostry Bukowskie: Czasem piszą do nas psychole, ale lubimy folder z dziwnymi wiadomościami


Książki

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!