Autor: Kinga Czernichowska

2016-03-25, Aktualizacja: 2016-04-01 12:08

Autorka Projektu Egoistka: Nie jestem zołzą!

Jest egoistką, ale taką, która ma w sobie wiele empatii. Kobiety zaraża pozytywną energią, chociaż sama doświadczyła wielkiego cierpienia. Dzisiaj uczy rozumienia siebie. Rozmawialiśmy z autorką Projektu Egoistka, Dagmarą Skalską.

Projekt Egoistka powstał w 2010 roku z inicjatywy Dagmary i Tomasza Skalskich. Tomasz, mąż Dagmary, zmarł w lutym 2015 roku na raka. Ona postanowiła wówczas podzielić się z innymi życiowymi lekcjami, jakie dała jej śmierć najbliższej osoby. Dzisiaj Projekt Egoistka to prężnie działający blog, na Facebooku liczy sobie ponad 81 tys. fanów. A raczej fanek, bo większość subskrybujących to kobiety.

Na bloga trafiają z różnych powodów. Najczęściej chodzi o rozstanie z ukochanym. 28-letnia Dagmara Skalska uczy więc, jak poskładać się ponownie w całość, wyzwala z toksycznych związków, zachęca do akceptacji siebie. Jest autorką książek "Egoizm to nie grzech. Pokochaj swój umysł" i "Egoizm to nie grzech! Kurs na miłość". Przeczytajcie rozmowę z autorką Projektu Egoistka.

Niedawno wróciłaś z Australii. Mówi się, że każda podróż daje nam możliwość spojrzenia w głąb siebie i niesie zmiany. Co się zmieniło u Ciebie?

Ta podróż pozwoliła mi spojrzeć na świat z innej perspektywy. W Australii byłam na kursie jogicznym u Master Yanga – twórcy calligraphy health system, łączącego w sobie elementy jogi, Qi Gong (zestaw ćwiczeń zdrowotnych starożytnych Chin - red.), Tai Chi, Yang Mian, które pozwalają na pracę ciała i umysłu. Dzięki pobytowi w Australii nawiązałam kontakt z własnym ciałem, pogłębiłam świadomy oddech i wyrobiłam sobie wspaniały nawyk wczesnego wstawania (dzień zaczynam o 4.30) i kładzenia się spać o godz. 22.00. Tam nie miałam wyboru - zajęcia zaczynały się wcześnie rano. Tutaj widzę, że to po prostu zdrowe dla organizmu. Niestety, często zapominamy o tym, co dobre dla naszego zdrowia. Sama niejednokrotnie zarywałam noce. Tymczasem z organizmem jest jak z serwisowaniem auta. Możemy polakierować karoserię, może lśnić, ale co nam po tym, jeżeli silnik nie będzie sprawny. Tym silnikiem w naszym organizmie są nasze wewnętrzne narządy: jelita, nerki, serce itd. Ważne jest, by o nie dbać. Dawniej jogini mieli taki zwyczaj, że oczyszczali swoje jelita, połykając szmatę, po czym wyciągali ją drugą stroną. Oczywiście, nie takich praktyk jogicznych uczyłam się w Australii (śmiech).


© Materiały prasowe

Dagmara Skalska, założycielka Projektu Egoistka

W Polsce chyba nie przywiązujemy do zdrowia zbyt wielkiej wagi. Nawet joga - chociaż coraz bardziej popularna - jest naznaczona społecznie etykietką "głównie dla buddystów i miłośników medytacji".

Na Wschodzie w wielu miejscach praktyka jogi jest czymś zupełnie normalnym, tak jak u nas fitness. Trochę szkoda, że nie wszystkie jesteśmy świadome, jak wiele może dać nam odpowiedni wypoczynek, joga, zdrowe nawyki, prawidłowe odżywianie czy oddychanie. Dbamy o to, by mieć jędrne pośladki i smukłe nogi, a zapominamy o organizmie jako całości.


Właśnie. Na swoim blogu często zwracasz uwagę na świadome oddychanie. Czym ono jest?

Zauważ, że bardzo często oddychamy płytko, szczytem płuc. Nierzadko jest to spowodowane codziennym stresem, tempem życia. Tymczasem prawidłowy oddech powinien być głęboki i przeponowy. Wystarczy się przyjrzeć jak oddychają małe dzieci, które jeszcze nie zdążyły nabrać złych nawyków. Oddychanie ma wpływ na krwioobieg, na detoksykację organizmu – to jeden z niewielu procesów naszego organizmu, którym możemy świadomie kierować, w przeciwieństwie do ruchu robaczkowego jelit (śmiech). Warto z tego skorzystać.


© Materiały prasowe

Uczestniczki warsztatów prowadzonych przez Dagmarę Skalską

Dobrze, czyli złe oddychanie jest wynikiem naszych nawyków. A te niejednokrotnie trudno zmienić.

To prawda. Dlatego róbmy to techniką małych kroków. Nieoceniona w tym procesie okazuje się konsekwencja. Na początek polecę krótkie ćwiczenie: przed snem kładziemy na brzuchu książkę. Przy wdechu książka powinna się nieco unieść, przy wydechu opadnie. Jeśli tak się nie stanie, to istnieje prawdopodobieństwo, że już nawet nie pamiętamy, co to znaczy oddychać przeponą.

Ale nawyki to nie tylko oddychanie. To także zarywanie nocy czy niezdrowe jedzenie. Nie o to chodzi, że nie chcemy. Po prostu usprawiedliwiamy się przepracowaniem czy brakiem czasu.

Mnie w wypracowaniu nawyku wczesnego wstawania pomogła Australia. To oczywiście nie znaczy, że trzeba wyjechać gdzieś daleko, by udało nam się coś zmienić. Czasem wystarczy odrobina silnej woli. Po miesiącu trwania przy złożonych sobie obietnicach gwarantuję, że się uda.

Zdarza się, że dopiero choroba i cierpienie pozwalają na uświadomienie sobie, jak wielką wartością jest zdrowie.
Nie trzeba tego doświadczać na sobie. Ja przeżyłam to z Tomkiem. Zachorował na raka, a ja dzień po dniu widziałam, jak poszczególne organy wyłączają się. Uczestniczyłam w jego cierpieniu, chociaż to on cierpiał najbardziej. Wiesz, najbardziej smutne jest to, że czasem ludzie narzekają na swoją pracę albo na to, że nie mają pieniędzy na wspaniałe wakacje. Ale nawet gdyby mieli wymarzoną pracę i miliony na koncie, co by im to dało, gdyby doświadczyli choroby?

Kobiety często zaczynają dbać o zdrowie, gdy są w ciąży. Ale dlaczego dopiero wtedy? Czy nasz organizm nie jest tak samo ważny jak organizm dziecka?

Nawet kiedy stewardessa instruuje cię w samolocie, co zrobić w sytuacji zagrożenia, to dowiadujesz się, że maskę tlenową zakładasz najpierw sobie, a później dziecku. To naturalne. Jeśli nie zdążysz jej założyć sobie, to jak pomożesz drugiej osobie? I to samo dotyczy zdrowia - nie tylko fizycznego, mam tu na myśli również stan umysłu.


© Materiały prasowe



Kłania się idea pozytywnego egoizmu.

Tak, bo przecież jeżeli nie zadbamy o spokój ducha, twórcze myśli i emocje, życiową radość, poczucie szczęścia nieuzależnionego od czynników zewnętrznych, to czym będziemy dzielić się z partnerem: frustracją, toksycznymi myślami?

Dlaczego wciąż wydaje nam się, że egoizm to grzech? Cały czas mówi nam się o potrzebie bycia empatycznym, ale mało kto mówi o tym, jak ważne jest zrozumienie siebie.

Kultura, w której żyjemy, uczy nas tego, że trzeba się poświęcać.

I się poświęcamy. Jest wiele kobiet, które dają z siebie dwieście procent. Są skłonne zrezygnować z życia zawodowego i swoich pasji, by trwać w związku. A kiedy ten i tak się rozsypuje, zaczynają kalkulować, co się bardziej opłaca: bycie dobrą i piękną wewnętrznie kobietą czy zwykłą zołzą?

Ale bycie pozytywną egoistką nie jest tożsame z byciem zołzą. Ja nią nie jestem. Problem polega na tym, że budujemy związki w oparciu o stos wyobrażeń. To jest błąd - twórzmy relacje bez oczekiwań, niech związek zasila w nas to, co dobre.

Jeżeli decydujemy się na trwanie w układzie, który wymaga rezygnacji z własnych pasji, zainteresowań lub zmiany przekonań czy wyznawanych wartości, to życie, prędzej czy później, skonfrontuje nas z tym. Bo to jest zawsze ślepa uliczka.

Ale mimo tego wiele kobiet wciąż nie może z niej zawrócić. I tkwi w toksycznych związkach. Dlaczego?

Z przyzwyczajenia lub strachu przed samotnością. Kobiety, które rzeczywiście trwają w takich relacjach, najczęściej są już uzależnione od partnera. Tylko że to nie jest prawdziwa miłość. Najprawdopodobniej ten partner daje nam coś, czego same nie posiadamy, np. poczucie bycia ważną i potrzebną. Tak się zdarza, gdy kobieta ma niskie poczucie własnej wartości. Dlatego by stworzyć trwały i dojrzały związek, należy w pierwszej kolejności wypracować wewnętrzną pewność kierunku, poczucie własnej wartości, miłość własną. Niestety, w Polsce pokutuje przekonanie, że "lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu". I między innymi przez tego typu przekonania tkwimy w układach, które zamiast pomagać nam się rozwijać, pozbawiają nas życiowej mocy.

Poczucie straty, żal, rozgoryczenie często po upływie jakiegoś czasu przynoszą coś pozytywnego.

Nikt nie mówił, że życie jest usłane różami. To nieprawda, życie nie jest cukierkowe. Dlatego trzeba umieć dokonywać wyboru i ważne, by ten wybór był świadomy. Zresztą, to właśnie te trudne doświadczenia pozwalają na odkrycie siebie, na stworzenie wewnętrznej siły i spojrzenie na świat z innej perspektywy.


© Materiały prasowe



W Polsce wciąż pokutuje przekonanie, że korzystanie z pomocy psychoterapeuty oznacza brak umiejętności radzenia sobie z problemami. Dlaczego?

Wydaje mi się raczej, że powoli od tego odchodzimy. Rozwój osobisty jest coraz bardziej popularny w Polsce. Oferta różnorodnych kursów, warsztatów jest bogata. Spójrz też chociażby, ilu jest coachów. Wbrew pozorom, Polacy są refleksyjnym narodem.

Ale to nie to samo. Można subskrybować strony coachów i czytać poradniki psychologiczne, a na imprezie wśród znajomych bać się mówienia o tym, że mierzymy się z jakimś poważnym problemem. A przyznać się otwarcie do korzystania z psychoterapii? To się rzadko zdarza.

Tylko czy rzeczywiście musimy ogłaszać całemu światu: "Halo, mam problem!?". Oczywiście, rozmowa z przyjaciółką może wiele zdziałać, ale mówienie całemu światu o swoich problemach stawia nas w roli ofiary. Jeśli czuję, że powinnam zająć się jakimś obszarem swojego życia, to robię to bez nagłaśniania całej sprawy. Robię to dlatego, że jestem dla siebie ważna, że mi na sobie zależy. Opinia innych osób nie ma tutaj znaczenia.

Kilka dni temu natrafiłam na fanpage'u Projektu Egoistka na komentarz: "kolejna sekta". Z jednej strony jesteś inspiracją dla wielu kobiet. Po drugiej stronie barykady stoją hejterzy. Jak reagujesz na krytyczne komentarze w sieci?

Trochę mnie to bawi, ale raczej się tym nie przejmuję. Odpowiadam z dystansem, a jeśli ktoś nadużywa cierpliwości zarówno mojej, jak i pozostałych czytelników - blokuję. To jest moja przestrzeń i tych osób, które towarzyszą mi codziennie i chcą, by to miejsce było przyjazne, pełne radości i wsparcia. Nie ma tu miejsca na sensację, zawiść czy nienawiść. Nie chcę, by mój blog stał się miejscem do utrwalania destrukcyjnych wzorców zachowań. Rzeczywiście, wokół projektu utworzył się już dość duży ruch społeczny i niektórym zdarza się mówić: "kolejna sekta", nie rozumiejąc, jakie zadanie spełnia to miejsce. Gdy jesteś tam dłużej, zaczynasz rozumieć.

A kto pisze do Ciebie najczęściej: kobiety czy mężczyźni?

Zdecydowanie więcej, bo około 90 procent, jest kobiet. Panowie to pozostałe 10 procent. Kobiety zwracają się najczęściej z pytaniami o to, jak przeżyć rozstanie, niektóre nie mogą poradzić sobie z traumą, jakiej doświadczyły po rozpadzie toksycznego związku.

A panowie - z czym do Ciebie przychodzą?

To może być zaskakujące, ale z tym samym. Tu też głównym problemem okazuje się rozstanie z ukochaną. Wszyscy szukamy miłości, płeć nie ma większego znaczenia. Pragniemy tworzyć dobre, trwałe związki. Nie zawsze to się udaje. Czas po rozstaniu może wydawać się przerażający. Mężczyźni przeżywają rozpad związku trochę inaczej niż kobiety, są bardziej zamknięci w sobie, mniej wylewni. Często tłumią ból i nie potrafią go wyrazić. Kobiety są ekspresyjne i z łatwością dzielą się swoimi emocjami. Jednak złamane serce boli tak samo, bez względu na płeć.

Dobrze by było wynaleźć na to jakiś lek na receptę. Ale jako że wciąż nie ma takiego wynalazku, co im radzisz?

Poczucie żalu nie przynosi niczego dobrego, wówczas bez sensu tkwimy w przeszłości. Trzeba pozwolić wypłynąć emocjom. Dać sobie na to czas, bo emocje zakłócają nam właściwy odbiór rzeczywistości. A kiedy już uda nam się spojrzeć na wszystko z perspektywy, zrozumiemy, że była to cenna lekcja. Zaś samotność jest jednym z najważniejszych życiowych nauczycieli i dopiero gdy pokonamy przed nią lęk, będziemy w stanie dojrzeć emocjonalnie, a następnie w przyszłości stworzyć partnerski związek.

Winą za wspomniany przez Ciebie lęk przed samotnością powinniśmy obarczyć rodziców?

Absolutnie nie. Lęk przed samotnością bierze się stąd, że sami siebie nie potrafimy pokochać. Wydaje nam się, że sami nie poradzimy sobie w życiu, nie mamy do siebie zaufania. Nie umiemy zaakceptować siebie. W szkole nie uczą nas samoakceptacji. Szukamy wciąż potwierdzenia swojej wartości na zewnątrz, u innych ludzi. Związki również często pełnią taką rolę.


© Materiały prasowe



Mam wrażenie, że często ludzie deklarujący się jako buddyści mają większą świadomość i dojrzałość emocjonalną niż niejeden katolik.

To fałszywy obraz. Sama korzystam z koncepcji obecnych w wielu różnych kulturach. Buddyzm na pewno wiele wnosi do rozwoju osobistego, ale sporo idei obecnych w buddyzmie można dostrzec także w mistycyzmie chrześcijańskim. Wydaje mi się, że myśl Zachodu powinna być uzupełniona myślą Wschodu. Wówczas byłoby idealnie. Istotne jest też, by każdy podążał swoją ścieżką.

Ale przecież dzisiaj trudno o indywidualizm. Żyjemy w kulturze, w której przestrzeń wirtualna zajmuje jedno z pierwszych miejsc. Świadomie lub nie sprawdzamy komentarze, opinie, klikamy "Lubię to", "Super" albo "Ha ha". I zaglądamy, żeby sprawdzić, czy nasz ostatni post kogoś rozśmieszył.

Projekt Egoistka prężnie działa na Facebooku, ale nie jestem tam po to, by zdobywać lajki. Dla mnie Facebook to po prostu platforma, dzięki której mogę dzielić się filozofią pozytywnego egoizmu. Oczywiście, żyjemy w takiej kulturze, w której czujemy się niejako zobowiązani do udzielania się w mediach społecznościowych. Trudno się od tego uwolnić, ale wierzę, że po wypracowaniu w sobie wysokiego poczucia wartości nie zwracamy już tak wielkiej uwagi na liczbę lajków czy komentarze innych osób.

Skoro już jesteśmy przy mediach społecznościowych. Na Twoim profilu na Facebooku można znaleźć tylko zdjęcia, na których się uśmiechasz, choć wyobrażam sobie, że przy tak tragicznych przejściach, jakich doświadczyłaś, nie było Ci łatwo. Co kryje się na co dzień za tym uśmiechem?

Żywiołowa osobowość, chęć czerpania radości z życia, szczerość i nieustraszony umysł. Ja po prostu kocham ludzi. Owszem, nie zawsze było mi lekko, ale te zdjęcia nie są na pokaz. Naprawdę mam w sobie wiele radości. Owszem, zdarzają się trudne chwile. Na przykład tuż przed rozpoczęciem warsztatów we Wrocławiu wróciły wspomnienia związane z Tomkiem, a ja rozłożyłam się emocjonalnie. Ale wiedziałam, że jeśli mam wyjść do dziewczyn, zarażać je pozytywną energią, to muszę szybko pozwolić tym emocjom odpłynąć. Teraz już wiem, jak radzić sobie w takich sytuacjach.

Napisałaś książki, jest fanpage Projekt Egoistka, a ja trochę się zastanawiam: czy to nie jest tak, że książka, czy profil mogą jedynie inspirować do zmian? Nagle komuś zaczyna świtać, że coś jest nie tak, że chciałby coś zmienić. Ale żeby faktycznie tej zmiany dokonać, trzeba coś przeżyć.

Mogłabym się z tobą zgodzić, gdyby nie jedna rzecz. Nie muszą wcale zaistnieć jakieś warunki zewnętrzne. Nie chodzi wcale o to, że doświadczamy trudnych sytuacji, bo tak jak wspomniałam, życie nie jest cukierkowe. Tomek zachorował, chociaż oboje odżywialiśmy się prawidłowo, dbaliśmy o zdrowie. Moim zdaniem chodzi o to, czy potrafimy się z zmierzyć z trudnościami, zaakceptować rzeczywistość i to nawet wtedy, gdy ta zupełnie nie odpowiada naszym wyobrażeniom. Życie jest najlepszym nauczycielem, a rozwój nigdy nie wydarza się na kanapie z książką, lecz wtedy, gdy mierzysz się z realnymi wyzwaniami.

Dziękuję za rozmowę.

rozmawiała
Kinga Czernichowska, dziennikarka www.gazetawroclawska.pl


Dagmara Skalska, założycielka Projektu Egoistka, poprowadzi warsztaty „Egoizm to nie grzech!” we Wrocławiu (9 kwietnia) i w Katowicach (21 maja). Bilety: sklep.projektegoistka.pl.

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!