Autor: Magdalena Gintowt-Dziewałtowska

2016-03-11, Aktualizacja: 2016-03-29 13:22

Dominik Szmajda: Mam obsesję na punkcie dżungli

- Im bardziej oddalam się od cywilizacji, tym bardziej miejscowi mają otwarte serca - mówi Dominik Szmajda, miłośnik ekstremalnych - pieszych i rowerowych - wypraw przez Afrykę, Azję i Ural, wydawca książek podróżniczych. Ostatnia wyprawa do Demokratycznej Republiki Konga, o której opowie na Ogólnopolskich Spotkaniach Podróżników Kolosy 2016 w Gdyni, potoczyła się zupełnie inaczej, niż zaplanował. Na kolejną - "samotny trawers dżungli" zamierza wziąć tylko 10 kg bagażu. Poznajcie Dominika Szmajdę.

Z jednej strony wyprawa na Ural Polarny, z drugiej kilka wypraw do Afryki. Który z tych klimatów jest Panu najbliższy?

Trudno powiedzieć. Przypadek zrządził, że Afryka tak często była przeze mnie odwiedzana. Po pierwsze jako dziecko mieszkałem z rodzicami przez kilka lat w Algierii, więc nauczyłem się francuskiego, który ułatwia podróżowanie po Afryce. Ale nie sądziłem, że będę wracał w te strony. Dopiero lektura książki Kazimierza Nowaka „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” zafascynowała mnie i zwróciła ponownie ku Afryce. Ale po kilku rowerowych wyprawach w końcu chciałem od niej odpocząć i dlatego latem 2012 roku wybrałem się na zielone pustynie Uralu.

Wyprawa: "Jądro Afryki, czyli pieszo przez lasy równikowe Konga"

Autor: Dominik Szmajda


Jak dobrze człowiek może siebie poznać na tego typu wyprawach? Czego Pan się o sobie dowiedział?


Jak jesteśmy sami, to lepiej poznajemy siebie, bo musimy podejmować decyzje, które konsultujemy tylko ze sobą. Nasza decyzja będzie wynikać tylko z tego, co siedzi w naszej głowie.
Po wyprawie kongijskiej nadal mam moralnego kaca. Cały czas pytam siebie, dlaczego nie wyrzuciłem części rzeczy z ciężkiego plecaka i nie poszedłem dalej, tylko zawróciłem. Chyba się wystraszyłem, było mało wody, a skrajny wysiłek osłabił ducha, więc w głowie pojawiły się pesymistyczne myśli. Ciekawe jest poznawanie siebie. Za niektóre decyzje można się polubić, za inne nie. Przy nadchodzącej wyprawie mój plecak będzie ważył o 10 kg mniej.



© Dominik Szmajda

Na zdjęciu Dominik Szmajda podczas wyprawy.

Filmik o swoim nowym projekcie - "Samotny trawers dżungli" zaczyna Pan od słów": "mam obsesję na punkcie dżungli". Czym się ona objawia?

Odkryłem, że środowisko deszczowych lasów równikowych bardzo mi odpowiada. Ta wilgoć
i temperatura są dla mnie w sam raz. Odpowiada mi bujna egzotyka roślin, dźwięki ptaków, owadów, a jednocześnie tajemniczy i nieprzenikniony las, który zajmuje wielkie obszary. Tak jak w górach można zobaczyć człowieka z daleka, tak na tej wielkiej przestrzeni można być od siebie 100 metrów i się nie widzieć.

Kiedy chce Pan wyruszyć na tę wyprawę?

Około 26-27 czerwca. Jeszcze nie wiem, do jakiego kraju, ale najprawdopodobniej będzie to Republika Konga albo Demokratyczna Republika Konga.

Dlaczego ta nowa podróż ma być wyjątkowa?

Ponieważ będę przez 2-3 tygodnie w tropikalnym, gęstym lesie zupełnie sam. Do tej pory najdłużej bez kontaktu z drugim człowiekiem byłem tylko cztery dni. Nie znam takich wypraw, gdzie ktoś samotnie idzie przez las na przełaj, a nie ścieżką. Były już organizowane wyprawy, np. wzdłuż Amazonki czy przez parki narodowe Afryki, ale zawsze z przewodnikiem i wyznaczonymi ścieżkami, bądź przynajmniej we dwójkę. Sam więc jestem ciekawy swoich doświadczeń, odczuć. Myślę, że przejdę jakieś 150 km w linii prostej.

Co zabierze Pan do plecaka?

Tylko to, co niezbędne do przeżycia. Będę miał filtr ceramiczny do filtrowania wody. Na pewno wezmę hamak. Do jedzenia biorę żywność liofilizowaną, kaszki dla dzieci i słodycze. Wieczorami będę rozpalał małe ognisko, żeby zagotować wodę i osuszyć ubrania. Wezmę też apteczkę, GPS, telefon satelitarny, dwie pary spodni, koszul, bieliznę i to wszystko. Będę miał też niezbędnik, np. igłę, nici i sekator, którym łatwo przecina się liany. Chcę zabrać także lekki i nowoczesny sprzęt fotograficzno - filmowy. Na stronie Polakpotrafi.pl założyłem swój projekt Samotny trawers dżungli Kongo 2016, gdzie zbieram fundusze na ten sprzęt.



© Dominik Szmajda




To wyobraźmy sobie, że jest już Pan w tej dżungli. Gubi GPS-a, kompas, telefon.., po prostu plecak z całym niezbędnym sprzętem. Co Pan robi?

Wtedy raczej wracam. Nie wiem, jak miałbym zgubić ten plecak, ale mógłbym napotkać kłusowników, którzy mogliby mnie okraść. Zawsze jest ryzyko. Staram się przygotowywać jak najlepiej do takiej wyprawy. Gdybym stracił plecak na początku, to może bym zawrócił, ale gdybym był w środku lasu, to siłą rzeczy musiałbym dalej w którąś stronę podążać. Generalnie natomiast nie warto rezygnować zupełnie, warto modyfikować sobie cel.

Jak spędza się noc w dżungli?

Podczas spływu rzeką Dja w Kamerunie, trzy tygodnie nocowałem w dżungli, ale z kolegami. I na myśl, że miałbym spać w lesie sam, dostawałem ciarek. Pierwsza samotna noc była więc ciężka, bo zasnąłem dopiero około 4. rano. Grzmiało i błyskało, ale deszcz padał na szczęście parę kilometrów dalej. Dwa razy schodziłem z hamaka poprawiać daszek, nasłuchiwałem kolejnych grzmotów. Kolejne noce były już spokojne, bo po całym dniu marszu z ciężkim plecakiem zasypiałem z wielką rozkoszą. Ale to były raptem trzy noce pod rząd, a ja chciałbym przespać w dżungli dużo więcej.

Co w trakcie wyprawy byłoby na tyle nie do zniesienia, że skłoniłoby Pana do powrotu? Gdzie jest Pana granica?

Jakbym zachorował. Można znosić trudy, modyfikować plany, ale jak się zachoruje poważnie, np. na malarię, to nie ma co brnąć, tylko trzeba wracać, bo życie jest bardziej wartościowe od najlepszej podróży. Ale nie miałem chyba takich jednoznacznie dramatycznych sytuacji. Ewentualnie podczas pierwszej podróży przez Afrykę Zachodnią, gdzie dostałem udaru cieplnego, ale byłem wtedy w dużym mieście.

© Dominik Szmajda




Wyjeżdża Pan, bo to ucieczka przed czymś, czy podążanie za czymś?


Nie sądzę, żebym przed czymś uciekał, bo ja z wielką frajdą wracam do kraju. Lubię potem opowiadać o przygodach i wrażeniach. Dlatego biorę ze sobą aparat i solidnie dokumentuję swoje podróże.
To nie jest tak, że tu w Polsce mam złe życie. Posiadam ciekawą pracę, dwójkę dzieci, dużo się dzieje. Ale życie jest tylko jedno i dlaczego nie zrobić w nim czegoś wyjątkowego? Dziś mamy paszporty, możliwości. Nie chcę kiedyś mieć poczucia, że nawet nie spróbowałem.


Czytałam, że to słynny podróżnik Kazimierz Nowak wciągnął Pana w podróżowanie?


Miałem już od dawna w planie samotną, daleką podróż, ale wtedy nie myślałem o rowerze i Afryce. Pracowałem dla firmy farmaceutycznej, jeżdżąc od przychodni w poczekalniach czytałem książkę Kazimierza Nowaka. Zafascynowałem się tym podróżnikiem i wyruszyłem w samotną, czteromiesięczną rowerową podróż po Afryce. Potem dołączyłem do projektu Afryka Nowaka.

Proszę opowiedzieć o tym projekcie.

Afryka Nowaka to była sztafeta rowerowa, która miała przypomnieć o tym podróżniku. Trasę, którą przejechał, podzielono na 24 odcinki i każdy z nich realizował inny zespół podróżników, liczący 4-5 osób. Kolejne ekipy przekazywały sobie rowery. Ja uczestniczyłem w trzech etapach. Jako lider grupy prowadziłem etap drugi w Libii oraz trzeci w Czadzie. Niespodzianka, jaką udało nam się przeżyć w miejscowości Zellah, to spotkanie 80-latka, który pamiętał Nowaka. Podróżnik także opisuje przybycie do tej oazy w swojej książce.

Wyprawa: "Po prostu Czad" (2011)

Autor: Dominik Szmajda


Ostatnio wydał Pan książkę "Kochana Maryś. Listy z Afryki” z listami Nowaka do żony.


Nowak pisał wiele reportaży, które ukazywały się w polskiej prasie. Ich zbiorem jest wspomniana już książka Wierzbickiego „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”. Odkryliśmy jednak w domu Nowaka oryginalne listy do żony, około 2000 stron, i je wydaliśmy. Trzeci tom ukaże się w listopadzie tego roku.

Jakiś cytat z listów Nowaka szczególnie utkwił Panu w pamięci?

"Marysiek? Pamiętasz tę ostatnią przed odjazdem z Boruszyna daną mi kromkę chleba? Był z masłem, dobry, jednak go nie zjadłem w autobusie, potem gdzie indziej jadłem, a gdzie indziej był bagaż, i tak szło, chleb spleśniał, zesechł, skruszył się w papierze, trzymałem ciągle, i dziś się przydał - to mój obiad! Trochę oliwy z czosnkiem przysmażyłem i ten chleb wsypałem, ach! Jak smakował! Mimo że zielony był całkiem. A papier, w który był zawinięty ten chleb, zawijam dziś dzień cały herbatę arabską i palę, jakby to najlepsze bibułki do papierosów były. A czy wiesz, dlaczego piszę o tem? Bo widzisz, pamiętam, jak prosiłaś, abym zjadł te skibki chleba, i zjadłem, dziś dopiero, pod zwrotnikiem, hen na Saharze, koło Gat. No! A teraz dobranoc, dużo ucałowań, a jutro nocą może już w Gat będę. Pa!"



© Dominik Szmajda



Czy Pan również pisze do żony listy z wypraw?

(Śmiech) Ten kontakt zastąpiły dziś maile. Poza tym moje podróże trwają mniej więcej miesiąc, więc mail jest szybszy. Chociaż raz miałem okazję napisać taki list.

O czym Pan myśli, jak wysiada pierwszy raz na obcej ziemi?


Mam zawsze mnóstwo stresu związanego z tymi pierwszymi godzinami, dniami. Trzeba załatwić kilka ważnych spraw, np. kupić kartę sim, załatwić transport. W kraju turystycznym wszystko jest łatwe, ale jeśli jest to miejsce takie jak Kongo, to jest stres. Ale po 3-4 dniach robi się coraz fajniej.

Co Pana najbardziej fascynuje w trakcie wyprawy?


Doświadczenie braku innych ludzi w pobliżu, samotności. Jest też na pewno klasyczne, męskie wyzwanie, żeby sobie poradzić. Z drugiej strony dzika przyroda.
Chcę poczuć ten las wszystkimi zmysłami, wytarzać się w nim dosłownie i mentalnie. To wyjście ze strefy komfortu, co ludzie rzadko robią z własnej woli.


Czego mógł Pan nauczyć się o ludziach w trakcie wypraw?


Im bardziej oddalam się od cywilizacji, tym bardziej miejscowi mają otwarte serca. Szczególnie w Kongu, ta gościnność była zupełnie niewyobrażalna. Zatrzymywałem się, żeby odpocząć w jakiejś wiosce w ciągu dnia. Przynoszono mi wodę, zapraszano na posiłek - nie byłem pytany, czy chcę, czy nie chcę. Nie oczekiwali nic w zamian. Ale nie rozumieli, dlaczego chcę iść sam, proponowali mi towarzystwo, pomoc w dźwiganiu plecaka. Pytali, czy mam jakąś misję. Samo podróżowanie dla podróżowania jest dla nich nie do pojęcia.


© Dominik Szmajda



A o współtowarzyszach?

Co do towarzyszy – trzeba się dobrze dobrać. Może okazać się, że na co dzień się kolegujemy, a w podróży może to nie zagrać. Z drugiej strony możemy spotkać kogoś obcego i dobrze będziemy się z nim czuć. Myślę, że ważny jest wspólny cel. Najgorzej, jak jedziemy razem, wydajemy pieniądze i na miejscu okazuje się, że chcemy czegoś innego. Bywało różnie...

Aztorin Expedition - spływ rzeką Dja

Autor: Dominik Szmajda

Jak wygląda powrót do rzeczywistości w mieście?

Jak wracam, to zawsze z wielką przyjemnością. Cieszę się, że zobaczę bliskich, rodzinę, że będę mógł im poopowiadać o podróży, przejrzeć zdjęcia, zmontować film. W trakcie wyprawy mogę też przemyśleć parę spraw związanych z rodziną, pracą, życiem. To nie jest tak, że myślę tylko o lesie w lesie, ale jest to też cenny czas. Nie miewam depresji po powrocie do domu.

Czym zajmuje się Dominik Szmajda, gdy nie podróżuje? Jakie pasje pochłaniają Pana na co dzień, po pracy?


Teraz nie mam na nic innego czasu. Moja praca, czyli wydawanie książek, jednocześnie jest moją pasją. Praca w korporacji też była ciekawym doświadczeniem, ale teraz mam co innego w głowie. W niedzielę już jestem pełen ekscytacji wobec tego, co ma się wydarzyć w poniedziałek, mam też swoje założone cele. Wydajemy teraz książki podróżnicze, ale rozwijamy też inne rzeczy, np. transmisje internetowe z podróżnikami.

Jakie książki oprócz "Kochana Maryś. Listy z Afryki” są jeszcze na Pana wydawniczym koncie?

Na przykład "Podróże psychologiczne przez kultury świata", której autorami są psychologowie kulturowi - opowiadają o podróżach w kontekście swojej dziedziny naukowej. Wydałem również pozycję "Siłami natury, czyli bez silnika przez Amerykę Południową" autorstwa Michała Kozoka, który pokonał 13 tysięcy km z południa na północ tego kontynentu. Natomiast "Pustka wielkich cisz" to historia Łukasza Supergana, który od ponad dwudziestu lat samotnie przemierza górskie pasma Europy i jako pierwszy w historii samotnie przeszedł Łukiem Karpat.

Są ludzie, którzy zazdroszczą takiego podróżowania. Co by im Pan powiedział?

Jest oczywiste dla mnie, że każdy może zrobić coś wyjątkowego, na swoją skalę. Ja np. nigdy nie wejdę na ośmiotysięcznik zimą. Nie namawiam do tego, żeby wszyscy robili to, co ja, ale żeby ludzie zrobili to, co dla nich wyjątkowe. To kwestia decyzji wewnętrznej.
Zachęcam do robienia tego, co jest dla nas wyzwaniem, choć nie każdy potrzebuje wyzwań podróżniczych. Nie zapominam o życiu tu na miejscu. Ale prawdą jest, że czasem łatwiej jest zdobyć jakąś górę, niż np. nauczyć dziecko siusiania do nocnika.


Rozmawiała Magdalena Gintowt-Dziewałtowska, dziennikarka www.dziennikbaltycki.pl

Ogólnopolskie Spotkania Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów Kolosy 2016 rozpoczną się 11 marca i potrwają do 13 marca w Gdyni.

© Dominik Szmajda


Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!