Autor: Marcin Śpiewakowski

2016-04-01, Aktualizacja: 2016-04-08 15:25

Ghost: Diabeł manifestuje się w postaci kobiety

Wystarczy jeden rzut oka na wizerunek sceniczny Szwedów z Ghost, by wyrobić sobie na ich temat bardzo mocną – i równie mylną – opinię. Grupę tworzy pięciu zamaskowanych muzyków, nazywających się Bezimiennymi Ghulami, oraz Papa Emeritus III, przebrany za (z braku lepszego określenia) papieża zombie. Pierwszym błędem jest założenie, że Ghost gra ciężką muzykę. Drugim, że śpiewa o szatanie na poważnie. A trzecim – że to tylko puste wygłupy.

Z Ghostem nigdy nic nie wiadomo – nie da się sprawdzić, który członek zespołu udziela wywiadów, a podczas jednego z koncertów (do dziś tajemnicą pozostaje, którego) w roli perkusisty anonimowo wystąpił Dave Grohl i nikt się nie zorientował. Papa Emeritus jest jakoby trzecim wokalistą Ghosta („wciąż się poznajemy, ale sprawia wrażenie fajnego gościa”), choć prawie na pewno wiadomo, że skład zespołu nie uległ nigdy zmianie. O grupie zrobiło się niedawno głośno za sprawą absurdalnego wywiadu podczas ceremonii rozdania nagród Grammy, a pod koniec zeszłego roku wydali bardzo dobrze przyjętą nową płytę.

30 maja wystąpią w warszawskiej Stodole. Z tej okazji mieliśmy okazję porozmawiać z którymś z muzyków (nie wiadomo z którym, choć wiemy, że nie był to Papa). Zanim jednak pozwolimy mu obalić mity numer dwa i trzy, na dobry początek rozprawmy się z pierwszym z nich. Jeśli myślisz, że muzyka Ghosta nie jest dla Ciebie, najprawdopodobniej się mylisz. Oto - dość reprezentatywna - próbka ich stylu muzycznego, pokazująca zamiłowanie zespołu do zaskakująco ładnych melodii:



Nie daje mi to spokoju: prawie nikt nie wie, jak wyglądacie. Nie kusiło Was nigdy, żeby podesłać na wywiad kogoś spoza zespołu?

Bezimienny Ghoul: W sumie nie przyszło nam to nigdy do głowy. Lubię udzielać wywiadów. Podczas trasy, kiedy mamy mniej czasu a więcej chętnych, dzielimy się tymi obowiązkami między sobą w zespole. Poza tym to byłoby jednak nieuczciwe.

Miałem na myśli jednorazową sytuację, w kategoriach żartu – bo plotka głosi, że na niektórych koncertach zdarza się Wam „przemycać” innych muzyków do składu. To prawda?

Chyba nie sądzisz, że ci powiem? (śmiech)

No daj spokój.

Ujmijmy to w ten sposób. Nasz wizerunek, brak rozpoznawalnych na pierwszy rzut oka cech charakterystycznych, daje nam możliwości przemycenia do składu właściwie kogokolwiek. Ale to nie jest tak dobry pomysł, jak się może wydawać – nie można wziąć człowieka z ulicy i powiedzieć mu: „dzisiaj grasz z nami na basie, jakoś to ogarniesz”.

Nie mam na myśli przypadkowych osób – słyszałem, że kiedyś zagraliście koncert z Davem Grohlem w składzie.
To prawda, mogę to potwierdzić.

Wasz wizerunek kiedykolwiek sprawił Wam problemy?

Zakładam, że pijesz do różnych grup religijnych?

To oczywiście też, ale nie chciałbym się ograniczać tylko do nich.

Nigdy nie wydarzyło się nic, co wpłynęłoby znacząco na naszą karierę, choć oczywiście są pewne media i pewni organizatorzy, którzy niechętnie zaprosiliby nas do siebie. Problem byłby dużo bardziej realny z punktu widzenia zespołu, który robiłby to co my jakieś czterdzieści lat temu. Dzisiaj większość świata zachodniego podchodzi do sztuki z otwartym umysłem. Staramy nie zapuszczać się w miejsca potencjalnie problematyczne. Zagraliśmy w Turcji, ale nigdy nie przyszłoby nam do głowy, żeby występować w innych krajach Bliskiego Wschodu. Nie próbujemy dać koncertu w Chinach, bo wiemy, że rząd wymaga przekazania tekstów piosenek przed występem. Jeśli teksty nie pasują do ich propagandy, nie ma pozwolenia na występ – więc oczywiście bylibyśmy skreśleni od ręki. W ten sposób unikamy problemu zanim się pojawi.



A co z bardziej komicznymi sytuacjami w stylu pamiętnego wywiadu z ceremonii rozdania nagród Grammy?

Komicznie robi się za każdym razem, gdy wchodzimy w interakcje z ludźmi, którzy nie mają pojęcia, kim jesteśmy. Im bardziej rozpoznawalni się stajemy, tym rzadziej to się dzieje. Kiedy gramy na festiwalach, gdzie występują głównie artyści rockowi, hip-hopowi czy popowi, wciąż wpadamy na mnóstwo ludzi, którzy nie mają pojęcia, kim jesteśmy. Kiedy przechodzimy tam, dajmy na to, koło pola namiotowego, zawsze trafi się jakaś dziewczynka w warkoczykach i z gitarą, która doznaje ciężkiego szoku. (śmiech) Albo wyobraź sobie, że jesteś 65-letnią księgową i jak co dzień czekasz na windę, która zawiezie cię na górę do twojego szczęśliwego biura. Drzwi rozsuwają się, a w środku stoi nasza piątka i Papa. W pełnym stroju. Takie sytuacje zdarzają się bez przerwy, z dozorcami, sprzątaczkami, ludźmi z cateringu…



Śpiewacie o szatanie, co oczywiście pasuje do Waszego wizerunku i muzyki, którą gracie, ale z drugiej strony jesteście zbyt inteligentnymi ludźmi, żeby traktować to poważnie. Zakładam więc, że to wszystko jest metaforą czegoś głębszego.

Tak, to wszystko symbole i metafory. W ten sposób chcemy przekazać nasz punkt widzenia na świat. Najbardziej powszechnym błędem jest to, że ludzie zakładają, że śpiewamy o Bogu. Nie – śpiewamy o ludziach, o religii i o tym, co za sobą pociąga. Jak przy jej pomocy można ludziom namieszać w głowie. Tematyka naszych utworów nie jest tak ograniczona, jak ludziom się często wydaje: „A tak, Ghost, to ci, co robią tę gównianą satanistyczną muzykę”. Ok, na „gównianą” jeszcze możemy się zgodzić, ale tu nie chodzi tylko o satanizm. Poruszamy tematy manipulacji, ludzkich lęków i zmartwień, seksizmu…

W którymś z wywiadów przekonujecie, że szatana tradycyjnie przedstawiało się w kobiecej formie, więc tak naprawdę śpiewacie o kobietach. To był żart czy poważna odpowiedź?

Nie! To musiała być wypowiedź w kontekście poprzedniego albumu, „Infestissumam”, którego główną tematyką była obecność szatana. I tradycyjnie, rzeczywiście obecność szatana manifestuje się w kobiecej formie. W religijnej mitologii jeśli mężczyzna staje się demonem, zazwyczaj dzieje się to przez kobietę. Oczywiście traktujemy taki punkt widzenia satyrycznie, bo to żałosne. Ale na całym świecie, nawet dziś, takie podejście jest wciąż obecne. W wielu miejscach, zwłaszcza tych zdominowanych przez religię, kobietę uważa się za wielkie zagrożenie i twierdzi, że kobieca seksualność wywołuje w mężczyznach diabelskie, szatańskie zachowania.

W sumie, patrząc na to z lekkim przymrużeniem oka, trudno się nie zgodzić…

Tak, to powszechne, nawet wśród osób niereligijnych. My, mężczyźni, często patrzymy na kobiety jak na groźne zjawisko. Ja sam tak robię. Jestem raczej romantykiem, człowiekiem o bardzo marzycielskim podejściu. Od wielu, wielu, wielu, wielu lat pragnąłem prawdziwej, wiecznej miłości. Kiedy spotykasz kobietę, która mogłaby być tą jedyną, ale z jakichś przyczyn nie możesz jej mieć w takim stopniu, w jakim byś chciał, zaczynasz na nią patrzeć jak na zagrożenie, bo zaczyna ci mieszać w głowie. To bez sensu, ale tak działamy. Kiedy naprawdę pożądamy jakiejś kobiety, w pewnym sensie zaczynamy się bać: najpierw boimy się, że nie uda się nam jej zdobyć, potem że nie damy rady jej utrzymać przy sobie - i tak dalej.
A w niektórych częściach świata wciąż powszechne jest średniowieczne przekonanie, że jeśli nie jesteśmy w stanie czegoś zrozumieć i kontrolować, to jest to dzieło diabła. Jim Morrison świetnie to ujął w „People Are Strange”: „Women seem wicked when you’re unwanted” [„kobiety wydają się bezduszne, gdy żadna cię nie chce”]. Oczywiście, że tak. I to jest właśnie definicja diabła w religijnym ujęciu.


Wow. Mnie przekonałeś.

Wiesz, przedstawiamy świat przez pryzmat diabelskiej symboliki, dlatego, że ma to dużo sensu. No i daje sporo zabawy. (śmiech)



Ok, poznaliśmy w takim razie ukryte znaczenie drugiego albumu. O czym jest najnowszy, „Meliora”?

Na „Meliorze” zawarliśmy bardziej egzystencjalne przemyślenia. Motywem przewodnim jest eskapizm, potrzeba wolności we współczesnym społeczeństwie, w którym nie ma Boga. Bo ja nie mam absolutnie nic przeciwko temu, żeby w coś wierzyć. Bycie osobą wierzącą niekoniecznie musi mieć cokolwiek wspólnego z chrześcijaństwem. Na świecie jest wiele wierzeń. Niektóre są złe, niektóre są lepsze. Niektóre kultury mają te sprawy trochę bardziej poukładane niż inne: patrzą na świat jak na coś ciągłego, o powtarzalnym charakterze.

Buddyści?

Tak. Wierzę, że jeśli istnieje jedna religia, która jest bliska wyjaśnienia „prawdy”, w dużym cudzysłowie, to jest to właśnie buddyzm. Głównie dzięki poglądowi, że jesteśmy częścią większej całości. Oczywiście nie znaczy to, że inni się mylą… Możemy o tym rozmawiać godzinami. Jestem obdarzony dużą wyobraźnią i potrafiłbym zmusić się, żeby uwierzyć właściwie we wszystko, jeśli wystarczająco mocno chcę, żeby była to prawda. Wiesz, chciałbym wierzyć w to, że „Gwiezdne wojny” wydarzyły się naprawdę. (śmiech) Bardzo chciałbym móc wybrać się na planetę Hoth. Ale wszyscy wiemy, że to niemożliwe, bo mamy świadomość tego, że całą tę historię napisał George Lucas. Ale – na litość boską! – chociaż wiemy też, że Biblię złożyło w całość kilku Rzymian w 325 r., jakoś nie dociera do nas, co to oznacza. Wierzę w to, że Jezus istniał, i wydaje mi się, że jego poglądy były zbliżone do buddyjskich. W końcu jego głównym przesłaniem było: „wyluzujcie trochę, bądźcie dla siebie mili”. Ale niestety, jak wiemy, jego nauki nie trafiły na specjalnie żyzną glebę. (śmiech)

Jeszcze na koniec wróćmy do nagród Grammy. Już abstrahując od tego komicznego wywiadu, jakie są Wasze przemyślenia na temat całej ceremonii?

Nie mam nic przeciwko otrzymywaniu nagród. (śmiech) Chociaż oczywiście wiem też, że nie jest to prawdziwy konkurs, a raczej wydarzenie służące promocji. Zdobywając Grammy, nie sprzedajesz automatycznie tysięcy egzemplarzy płyty, ale dostajesz do ręki zestaw pożytecznych narzędzi. System głosowania wygląda tak, że decyduje trochę ponad dziesięć tysięcy osób związanych z amerykańskim przemysłem muzycznym. Głosują na to, co znają. Im bardziej jesteś popularny, tym łatwiej ci wygrać. Kocham Foo Fighters z całego serca, ale wiem, że jeśli będą nominowani, to nikt z nimi nie wygra, bo wszyscy ich uwielbiają. Każdy głosuje na Dave’a Grohla, bo go znają i wiedzą, że jest zajebistym gościem. Nie ma w tym nic złego, ale właśnie dlatego byliśmy bardzo zaskoczeni tą nagrodą. Byliśmy pewni, że wygra Slipknot albo Lamb of God. Corey Taylor jest niesamowicie napalony na bycie w mediach, a Randy Blythe zapracował na sławę swoją muzyką, ale też procesem (był sądzony za to, że w 2010 r. zepchnął ze sceny 19-letniego fana, który zmarł w wyniku obrażeń; sąd go uniewinnił - przyp. red.) i tak dalej. Byliśmy pewni, że nie mamy szans. A tymczasem nagle okazało się, że jednak ktoś o nas słyszał (śmiech). No i statuetka wygląda fantastycznie.

Rozmawiał Marcin Śpiewakowski, dziennikarz portalu warszawa.naszemiasto.pl
Zdjęcie główne: materiał promocyjne

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!