Autor: Piotr Wróblewski

2016-02-19, Aktualizacja: 2016-02-24 14:05 źródło: Naszemiasto.pl

Po Warszawie jeździły kiedyś szafirowe tramwaje

Metro wyjeżdżające spod Zamku Królewskiego i tramwaje, które powstały dzięki... kolejarzom - Daniel Nalazek zna historię komunikacji miejskiej w Warszawie lepiej niż własną kieszeń. Spędził setki godzin w bibliotekach, przepisując wycinki z gazet poświęcone omnibusom i tramwajom. Opowiedział nam o ciekawostkach i tajemnicach warszawskiego transportu zbiorowego oraz o swojej najnowszej książce.

Jak to się stało, że zainteresował się Pan komunikacją miejską w Warszawie?

Od pierwszych dni swojego życia jestem związany z tramwajami. Gdy byłem niemowlęciem, wystawiano mnie na balkon. Mieszkaliśmy wtedy w bloku przy obecnej al. Solidarności. Patrzyłem w dół, a tam był łuk tramwajowy. Pojazdy zgrzytały, a mnie to usypiało. Do dzisiaj nie mam problemu ze snem w mieście, gdy słyszę pojazdy. Później, jako roczne dziecko zdążyłem się nawet przejechać trolejbusami w Warszawie. Fascynacja komunikacją miejską pozostała.

Chciałby Pan, żeby trolejbusy wróciły do Warszawy?

Jeżeli to nie miałoby żadnego sensu ekonomicznego, a tylko wiązało się z sentymentem, to byłbym przeciwko. Jest też na przykład grupa ludzi, którzy kochają ikarusy. Ja je też uwielbiam, ale spróbujmy wnieść wózek do ikarusa. Nawet wrogom tego nie życzę (śmiech).

© Narodowe Archiwum Cyfrowe

Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wróćmy do Pana zainteresowań. Nie został Pan motorniczym, tylko kronikarzem stołecznej komunikacji miejskiej. Nie chciał Pan prowadzić tramwaju?

To jest pasja kronikarska. Mam pracę biurową, a komunikację miejską traktuję jak hobby. Jako motorniczy musiałbym czasem wstawać o 3. rano, a czasem o tej godzinie się kłaść - to nie dla mnie. Wolę sprawdzać się jako kronikarz.

Sprawdza się Pan do tego stopnia, że Narodowe Archiwum Cyfrowe w Warszawie, gdy nie może dowiedzieć się, kiedy zrobiono dane zdjęcie, zwraca się o pomoc do Pana.

Dostaliśmy kiedyś zdjęcie z ul. Rakowieckiej. Widać było na nim autobus linii 111 „bis” przed SGH. Datowano je na lata 30. Sprawdziliśmy, jaki to był fragment ulicy i na podstawie rozkładu ustaliliśmy, że jechał tam powiedzmy między 1 marca 1952 a 30 września 1955. Czasem udaje nam się znaleźć nawet datę dzienną. Mam wielką satysfakcję, gdy uda się coś takiego odkryć.

Była na przykład taka fotografia: autobus stoi na placu Trzech Krzyży, tłoczą się ludzie, a z przodu jest napis: „wystawa”. Udało nam się określić, że było to 11 maja 1947. Sięgnęliśmy po „Express Wieczorny” i tam była informacja, że ten autobus będzie jeździł tylko przez jeden dzień, w konkretnych godzinach. Byłem bardzo dumny z tego odkrycia.


Musiał Pan jednak mieć bazę, setki wycinków prasowych, dawne rozkłady jazdy. Kiedy Pan to zgromadził?

Zaczęło się od przesiadywania godzinami w Bibliotece Narodowej. Przepisywałem wszystkie rzeczy ręcznie. Mam dziesiątki zapisanych zeszytów. Potem pojawiły się komputery i internet. Razem z Bartkiem Maciejewskim, który towarzyszył mi w czasie wypadów do biblioteki, wpadliśmy na pomysł, żeby przekazać dalej to, co wtedy zebraliśmy. W taki sposób powstała strona trasbus.com.

Miłośnicy komunikacji miejskiej ją uwielbiają. Od strony internetowej, która podaje historyczne informacje o pojazdach i rozkładach jazdy, przeszedł Pan do publikowania artykułów w "Skarpie Warszawskiej". Teraz wydaje Pan książkę: „Echa dawnej Warszawy. Z dziejów komunikacji”, która opowiada o komunikacji miejskiej nie tylko jako o środku transportu. Co to znaczy?

Wielu miłośników komunikacji miejskiej pasjonuje się przede wszystkim pojazdami. Ja chciałem umieścić cały transport zbiorowy w życiu miasta. Dawne artykuły prasowe pozwalają spojrzeć na komunikację jako na sposób na życie. Piszę chociażby o pewnych grupach społecznych, które w różnych epokach zyskiwały transport zbiorowy na wyłączność. Każdy artykuł staram się "osadzić" w mieście. Nawiązuję na przykład do piosenki Fogga o warszawskiej "dziewiątce" (przyp. red. Mieczysław Fogg – "Piosenka o mojej Warszawie").


Podobno udało się Panu odkryć jedną z tajemnic z historii Warszawy.

Wielu historyków twierdziło, że numerację linii tramwajowych wprowadzono wraz z elektryfikacją trakcji. To nie jest prawda. Do pewnego momentu tramwaje warszawskie oznaczano kolorami. Tak by ktoś, kto nie potrafił czytać, mógł rozpoznać kolory. Jednak na trzy lata przed wprowadzeniem elektryfikacji linii było już tak dużo, że zaczęło brakować kolorów. Przy okazji giętkość języka polskiego była fascynująca. Chociażby linia niebieska stała się szafirową lub ciemnoniebieską, szara - popielatą, a brązowa - ciemnożółtą. Jak ktoś był astygmatykiem, to mógł po prostu zgłupieć. Nie było sensu bawić się już w kolorki, dlatego wprowadzono numery. Udało mi się tę zagadkę rozwikłać.

© Narodowe Archiwum Cyfrowe

Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Od czego warto zacząć, mówiąc o historii komunikacji miejskiej w Warszawie, od tramwajów konnych czy omnibusów?

Omnibusy na pewno jeździły już w latach 20.-30. XIX wieku. Zazwyczaj należały do restauratorów, którzy proponowali rekreacyjną podróż za miasto, czyli na Wierzbno, Bielany lub Zacisze. Mieszkańcy jechali sobie odpocząć, „zażyć powietrza”, a przy okazji coś przekąsić.

Jak na samym początku wyglądała organizacja ruchu omnibusów?

Warszawski policmajster wydawał specjalną licencję przewoźnikom, a omnibusy kursowały bez rozkładu, o bliżej nieokreślonych godzinach. To był transport dla niższych klas. Narzekano, że omnibusy były brudne, niepunktualne i w dodatku z bezczelną obsługą. Ci, którzy mieli kilka kopiejek do wyłożenia, mieli własne powozy. Dopiero w roku 1845 Piotr Steinkeller (właściciel i producent powozów, dwukonne omnibusy były nazywane potocznie „sztajnkellerkami” - przyp. red.) wprowadził regularne kursy omnibusów w taki sposób, jak funkcjonowało to już w innych miastach europejskich. Omnibusy rozpoczęły kursowanie wraz z Koleją Warszawsko-Wiedeńską. Miały zawozić i odwozić pasażerów, były zaprzęgane w konie i mieściły od 6 do 10 osób. Problem w tym, że otwarcie dworca zupełnie przyćmiło start linii omnibusów. Zresztą w tamtych latach w prasie pojawiały się tylko niewielkie wzmianki o komunikacji miejskiej.

Dwie dekady później otwarto połączenie kolejowe z Rosją. Potrzeba było środka transportu, który połączy oba dworce.

Pierwszy szalony pomysł był taki, żeby połączyć dwa dworce szerokotorową linią kolejową. Wielka lokomotywa jechałaby przez ścisłe centrum Warszawy; Aleje Jerozolimskie i Nowy Świat. O dziwo, nie protesty mieszkańców, a nachylenie skarpy warszawskiej uniemożliwiło ostatecznie budowę. W związku z tym w 1866 roku pojawił się tramwaj konny, który nie miał służyć tylko warszawiakom. Podróżowali nim ludzie, który jechali z Rosji i mieli bilet na kolej do Wiednia.


© Narodowe Archiwum Cyfrowe

Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Od kiedy możemy mówić o transporcie tramwajowym z prawdziwego zdarzenia?

Pierwsza rewolucja to 1881 rok i tramwaje belgijskie. Mimo otwarcia ich trasy, równolegle jeździł też tramwaj kolejowy. Doszło do kuriozalnej sytuacji, że na Krakowskim Przedmieściu były dwa osobne tory, a w miejscu, gdzie tory się zbiegały, tworzyły się korki. Taka sytuacja trwała kilka lat, dlatego mniej więcej od 1883 roku możemy mówić o spójnym systemie komunikacyjnym.

Omnibusy powoli odchodziły do lamusa, ale nie inwestowano też w rozwój tramwajów belgijskich. Dopiero elektryfikacja w 1908 roku pozwoliła myśleć o rozwoju linii. Kolejna, zupełnie nowa trasa to dopiero rok 1918-19, czyli kursy na Powiśle. A dalej potoczyło się już całkiem nieźle.

Skoro jesteśmy na początku XX wieku, to nie można zapominać o metrze. Patrząc na pierwsze plany, warszawianie czekali na kolej podziemną prawie 100 lat.

Metro jest przypadkiem szczególnym. Pierwsze pomysły to rzeczywiście początek XX wieku. Moim ulubionym projektem jest ten z 1905 roku. Kolejka miała jechać z Pragi na Warszawę, ale ponieważ był problem z kosztami, pociąg wyjeżdżałby spod ziemi w okolicach Zamku Królewskiego, tor poprowadzony byłby nad mostem Kierbedzia i wiaduktami jechałby dalej po Pradze. Pierwsza wojna wszystko przekreśliła. Zresztą gazety z tamtych czasów były pełne wspaniałych pomysłów.

Książka o komunikacji miejskiej w Warszawie jest już gotowa, podobno ma Pan kolejne tematy, z którymi warto się zmierzyć. Co to będzie?

Taka próba pojawia się co miesiąc, wraz z kolejnym numerem „Skarpy Warszawskiej”. Ciekawa jest np. historia warszawskich kieszonkowców i drobnych przestępców. Zdarzali się cwaniacy, którzy sprzedawali przybyszowi z prowincji Kolumnę Zygmunta albo... tramwaj. W najbliższym numerze będę próbował zmierzyć się z ich mitem.

Tytuł: Echa dawnej Warszawy. Z dziejów komunikacji
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Data: luty 2016

Rozmawiał Piotr Wróblewski, dziennikarz naszemiasto.pl

Zdjęcia pochodzą z Narodowego Archiwum Cyfrowego

Komentarze (3)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Efilon (gość)

Autor może i zna się na komunikacji miejskiej...ale astygmatyzmu od daltonizmu nie odróżnia :P